Twierdzę, watpię, pytam
wtorek Wrzesień 26th 2017

Kategorie

Ciekawe strony

Treści własne

Archiwa

karuzela

Mam wrażenia, że zjadam własny blogowy ogon? O wszystkim już
pisałam, To co na sprzedaż sprzedałam, to co intymne, nadal na sprzedaż
nie jest. Kontempluję rzeczywistość (moją rzeczywistość, która wiadomo
bywa czasem alternatywna do rzeczywistości statystycznej), albo marzę. I
rzeczywistość  i marzenia osiągają stałe amplitudy. Wstecz jeszcze nie
chce mi się patrzeć (na razie zbieram wspomnienia jak koraliki, żebym
mogła ewentualne wnuki zadziwiać), przyszłość zaklinam a w
teraźniejszości się dzieję.

Wczoraj byłam w pracy, po pracy robiłam awanturę w urzędzie miasta, wieczorem umówiłam się z koleżanką blogową na koncert Collegium Juvenum: 

http://www.olsztyn24.com/?m=376&k=5&id=2450
. Koncert cudny (tu proszę sobie wstawić długi szereg wykrzykników, serduszek i ulubionych emotikonek) Po koncercie, na fali euforii, poszliśmy (gabi, ja i para muzyków z Łotwy. Pisałam o nich?) uczcić wieczór w „Pozytywce”. Tyle na poziomie faktów.

Ale właściwie mój dzień miał inne akcenty. Powiedział mi „dzień dobry” szalenie przystojny mężczyzna. Na wszelki wypadek odpowiedziałam. Zawsze odpowiadam, bo nie mam pamięci do twarzy. Po kilkuset metrach przypomniałam sobie, że to syn mojej koleżanki z pracy. No i kolejne kilkaset metrów miałam kryzys. No to już? Kiedy dzieci koleżanek stały się dorosłe i apetyczne W TYM znaczeniu??? A kysz, a kysz myśli nieczysta! Poczułam się staro.

Moja Lolka na koncert nałożyła małą czarną i niesamowicie wysokie obcasy. Wyglądała jak milion dolarów. No i co ja głupie pytania zadaję? Lolka jest już piękną seksowną kobietą. Duma matczyna wzięła górę nad kryzysem. Zwłaszcza, że się postarałam i wyglądałam jak drugi milion.
Przestałam się czuć staro.

A za taksówkę do domu zapłaciłam tylko 6 zł.

bagnet na broń

Obejrzałam  „Wymyk” z
Więckiewiczem. Mocne, dobre kino. Zdeptało mnie. Zaprawdę powiadam wam,  Robert Więckiewicz wielkim aktorem jest.  Dla równowagi  muszę poszukać jakiejś bajki, gdzie jest dobro
i zło i dobro zwycięża.

Ze dwa  razy w życiu
musiałam się bronić i się obroniłam.  Kiedyś
w knajpie przy sąsiednim stoliku  facet
bujał się na krzesełku. Taki typ „nikt mi tutaj nie podskoczy”.  Kiedy przechodziłam do toalety, facet wsadził
mi rękę między nogi.  Instynkt mi
zadziałał i  strzeliłam go w  pysk  z
takim impetem, że się przewrócił razem z krzesłem i nakrył się nogami.  Wywołało to najpierw konsternację a potem
lekką panikę wśród gości w knajpie, bo pan strasznie się odgrażał zbierając się
z podłogi.  Nikt w mojej obronie nie
stanął.  Nic mi się nie stało, więc nie
mam pretensji.  Ale wtedy miałam.

Ja jestem z tych pyskatych i wtrącających się. Jeszcze mnie
życie nie nauczyło, że lepiej się nie wychylać. 
Miałam szczęście. Więcej szczęścia niż rozumu. Ale mnie jako kobiecie w  sytuacjach zagrożenia  jest łatwiej. Mnie wolno się bać, płakać,
okazać słabość. Nie muszę się bić. Mężczyzna musi. Musi być dzielny, odważny,
stawać w obronie słabszych. Poezja rewolucyjna we krwi nam płynie, mężczyzna ma iść i ginąć, ma „żyły na struny wyszarpać i naciągać i trącać jak struny”.

Dziś wiem, że raczej bym nie stanęła w obronie kogoś innego, jeśli 
narażałabym siebie. Mówię „raczej” , bo jak mi adrenalina skacze, to zaczynam być
nieśmiertelna, ale szczerze nie znoszę tej swojej cechy i pracuję nad
tłumieniem jej.  Swoje dziecko
chroniłabym bez  namysłu i na tym koniec.

Pamiętam
jak R. (exmąż)  wracał od rodziców z dwuletnią Lolką. Autobusem
miejskim jechali . W pewnym momencie do autobusu weszło kilku podpitych
chłopaków  i zaczęli zaczepiać pasażerów.  Jeden im się szczególnie
nie spodobał, więc i go skatowali na oczach wszystkich i wysiedli na następnym
przystanku. Sprawa była głośna, po tym wydarzeniu w autobusach miejskich
zamontowano  barierki ochronne dla kierowców a media rozpisywały się o
znieczulicy. R. wrócił do domu roztrzęsiony, przybity poczuciem winy, że nic
nie zrobił. Siedział cicho zaczarowany jak reszta i starał się być
niewidzialny.  Usprawiedliwiał się, że przecież nie mógł nic zrobić, bo
Lolka. Gniotło go to  długo i boleśnie.  A ja pokochałam go bardziej
za to, że wrócił cały i przywiózł do domu całe i zdrowe dziecko.  Byłam
wdzięczna, że nie na niego trafiło.


espadryle od hilfigera

Zawsze miałam kłopot z butami na lato. Pantofle za ciepłe, sandały za mało eleganckie do kostiumu. Mam gdzieś wdrukowane (za sprawą poprzedniej szefowej chyba), że do pracy się z gołymi nogami nie chodzi. Przyjaciółka (moje modowe guru) podpowiedziała mi espadryle.

- Czarne espadryle peep toe na koturnie sobie kup. Ty możesz sobie pozwolić na wysokie buty. Tylko musisz malować paznokcie u stóp. Najlepiej na czerwono!

- A mogę zrobić sobie french?
- Możesz – zgodziła się niechętnie – Będziesz miała buty na każdą porę dnia i do każdego ciucha.
Założyłam sobie, że gotowa jestem się poświecić i stówę wydać.
No to zaczęłam drogę przez mękę w poszukiwaniu. Najpierw sklepy w popularnych sieciówkach obeszłam z Bożeną. Wróciłyśmy brudne, głodne i zniechęcone. Albo nie ma fasonu, albo rozmiaru, albo kolor nie ten, albo jakoś głupio na nodze się układają.
Kilka dni później zrobiłam z moją szefową rekonesans po sklepach z obuwiem markowym. Tylko do towarzystwa, bo przecież mnie nie stać. Ale mierzyć sobie pozwoliłam. I wiecie co? Jest różnica. Espadryli nie znalazłam, ale buty Tamaris zdobyły me serce. Na razie je zaczarowałam. Pani w sklepie powiedziała, że mają często przeceny.

Aż tu przeczytałam u koleżanki blogowej, że ona też bez espadryli lata sobie nie wyobraża i zaopatrzyła się w takowe od hilfigera.
Wygooglałam i cena mnie zmroziła jednak.
Ja jestem dziewczyną ze średniej półki. W takich chodzę butach, ciuchach i, co najważniejsze, tak o sobie myślę. Może w rodzinnym Orłowie bywam królową balu, ale już na przykład na szkoleniach bliżej mi do Kopciuszka. I tu mnie napadła refleksja. Wszystko mam ze średniej półki. Pracę, mieszkanie, rozrywki, kawę i takich wybieram mężczyzn. Że niżej nie patrzę, to zrozumiałe, ale wyżej też nie sięgam. Mentalny szklany sufit mi nie pozwala. Jak sie patrzy na zdjęcia na allegro to te espadryle od hilfigera niczym się nie różnią od tych za 79.90zł. A już na pewno, żaden facet nie zobaczy różnicy. I w ogóle wybór mamy taki, że można się ubrać za grosik i wyglądać markowo. Pozornie. A słówko „pozornie” jak w twierdzeniu Archimedesa jest kluczowe. Może się faceci na cenach nie znają, ale bezbłednie zobaczą wewnętrzny blask i bezbłędnie ocenią czy ich stać :). Nie chcę wartościować, bo nie chodzi o to, że czuję się gorsza, bo biedniejsza. Nie czuję sie też lepsza, bo PONAD TO. Nie ma to nic wspólnego z oceną osobowości, mądrości czy innych rzeczy niewycenialnych. Ci ludzie z wyższej półki nie są ani lepsi, ani mądrzejsi ani szczęśliwsi. Mają tylko więcej pieniędzy. Stwierdzam fakty. Zauważam istnienie półek.  

Inna blogowa koleżanka opisywała historię dziewczyny, która chciała wyjść za milionera i zainwestowała w torebkę za kilka tysięcy dolarów. I ja to teraz rozumiem. Ona sobie torebką wyznaczyła poziom poszukiwań. Skutecznie, bo za milionera wyszła. Ja nie mam szans na pierścionki z brylantem i weekend w Alpach, póki będę sobie żałować na buty za 300 zł.

A na szczęście, na szczęście na wszystkich półkach szanse mamy takie same. 

gdzie mają gniazdo egoiści?

Moja Lolka ma przyjaciela. Nazwijmy go roboczo Jot. Ten przyjaciel jest wysoki, przystojny, miły i robi wrażenie na dziewczynach. Uprawia sport, umie tańczyć, jest szarmancki i prawi komplementy. Taki typ, którym się można chwalić przed koleżankami. Jot ciągle zakochuje się, ale na krótko. Najpierw dziewczyna nie może uwierzyć w szczęscie które ją spotkało, że TAKI chłopak jest nią zainteresowany a potem staje się potwornie zazdrosna i wszystko się rozlatuje, bo ona robi mu SCENY. Zawsze w tle znajduje jakaś inna ofiara, którą po pierwszej euforii zaczyna uwierać wianuszek koleżnek wokół Jota. I tak to się kręci.
Moja diagnoza jest taka, że Jota jeszcze Amor nie ustrzelił na tyle, żeby dziewczynę w dziewczynie dostrzec. On się notorycznie zachłystuje swoim obrazem w oczach tych dziewczyn. Nie wiem, czy z tego wyrośnie. Znam takich, co nie wyrośli.

Wspomniałam, że miewam ostatnio propozycje randkowe? Odpowiadam „przykro mi, nie mam czasu. Może w przyszłym tygodniu?”. No i się zastanowiłam, skąd ten opór? Ja chyba mam problem z uczynnymi facetami.
Takimi, co to zawsze są gotowi podać pomocną dłoń, użyczyć rękawa do otarcia usmarkanego nosa, ratować księżniczkę przed smokiem, żeby poczuć się wyjątkowo.

Nie znoszę tych przyzwoitych facetów, którzy są zawsze cudowni i wspaniałomyślni wbrew okolicznościm. Takich, co to  rzucą wszystko, żeby byłej żonie zdjąć pająka ze ściany, sasiadce zmienić żarówkę, koleżankę z pracy zawieźć do mamusi, babie w sklepie doradzić jaki wkrętak kupić. Zaparkują, pomalują, załatwią i pozamiatają. Superbohaterowie. W domu pewnie mają cieknący kran, niezapłacony rachunek za telefon, dziecko, które nie rozumie matematyki i żonę, która WYMAGA. Zamiast się zachwycać, jak koleżanki.
Skąd wiem? Otóż raz kochałam takiego bohatera. Nabrałam się, bo mnie też ratował z opresji. Wspierał, pocieszał i naszyjniki z czosnku przynosił. Pozbierałam się i zachciało mi się partnerstwa. Już nie potrzebowałam RATUNKU. A przecież zostało jeszcze tyle księżniczek do uratowania. Jedna miała mamusię alkoholiczkę, druga kłopot z przeprowadzką, trzecia depresję, czwarta „chujwieco”. A ja nawet nie protestowałam, bo nie chciałam być małostkowa. Rozstaliśmy się z innego powodu. Odchorowałam swoje, przetrafiłam i poszłam dalej. A on nadal ratuje księżniczki. I jestem pewna, że pośpieszyłby mi na ratunek, gdybym zadzwoniła i miała problem.

Teraz często korzystam z uczynności. Mówię „to cudownie, że może mi pan pomóc!”;”jest pan niezwykły, mądry, silny, kompetentny (niepotrzebne skreślić)” ; „jest pan wybawcą, cudotwórcą, dobroczyńcą itp”. I nie piszę tego złośliwie, oni naprawdę wszyscy tacy fantastyczni są. Tylko w bajkach superbohaterowie są samotni i jest w tym głęboka mądrość bajek.
Ja nie dość, że na codzień nie jestem księżniczką, to jeszcze bywam małostkowa. Wolałabym się wiązać z umiarkowanym (podkreślam) egoistą, który pomoże zmienić koło w samochodzie i zawiezie na ostry dyżur, owszem pomoże sąsiadce wnieść ciężkie torby do domu, zamiast je celnie kopnąć, ale nie kosztem domu i rodziny.

Myślę, że trudno na pierwszy rzut oka wyłapać granicę między zwyczajnym, kulturalnym mężczyzną a supermanem. 

Pewnie dlatego w filmach kocham się w tych postaciach bezczelnych, bezwzględnych, złych i szczerych przy tym do bólu.

po czym poznać, że idzie lato?

Rano otwieram okno, żeby w domu było cieplej.
Wieczorem zamykam okno, bo skrzydlate ścierwo, zwala się na imprezę
Nie mam butów (właściwie mam, ale w tych zakrytych za ciepło a na odkryte za wcześnie).
Nie mam co na siebie włożyć. To jednak niezależne od pory roku.
Zaczynają się sezonowe randkowe propozycje. Szkoda, że nie mam czasu.

Zaczęłam ćwiczyć.
Nie zauważyłam, że skończyły mi sie rajstopy.
Zakwitły mi jabłonie.

o wypieraniu

Chciałam napisać sążnistą notkę o kobiecie, która przeżyła
małżeństwo z agresywnym alkoholikiem. O jej współ uzależnieniu, wypieraniu,
tworzeniu alternatywnej rzeczywistości, usprawiedliwianiu się i, z mojego
punktu widzenia, głupocie. O kobiecie, która uciekała przed pijanym mężem z
domu, spała na schodach, znosiła upokorzenia i patrzyła na strach swojego dziecka.
O kobiecie wykształconej, niezależnej finansowo i nie przykładającej zbyt dużej
wagi do zdania kościoła.

I ta kobieta z całym przekonaniem na pytanie „dlaczego tak
długo się na to godziła” (do śmierci małżonka) odpowiada mi

- Nie mogłam tego zrobić mojemu dziecku

Że co?! ^%$&^((O#@%!!! Chciałam o niej napisać najgorsze
rzeczy jakie mi do głowy przychodziły, żeby ulżyć swojej frustracji. Bo przy
niej jadłam ciasteczka i kiwałam głową. Żarłam te ciastka, żeby się zapchać. Kobieta
nie pytała o zdanie, to nie wyrywałam się z opinią.

 

Wypieram z pamięci istnienie takich kobiet, bo nie potrafię
pochylić się ze współczuciem, nie potrafię zrozumieć, bo budzi się we mnie agresja. I sama się sobie dziwię, że alkoholik oprawca schodzi mi na drugi plan a zła jestem na babę.
Odcinam się i zapominam. W moim świecie nie ma takich
kobiet. Do następnego razu, kiedy znów będę zdumiona.

 

Nadal jestem zła, że przegapiłam koncert Vitasa. I nikt mnie
nie pociesza.

Kupiłam sobie buty o takie  Okazyjnie, bo na koleżankę okazały sie za małe.

A zakochałam się jeszcze w tych . Niestety te stoją w sklepie i kosztują za dużo, żeby mnie nie bolało. Wymówiłam nad nimi zaklęcie i poczekam na przecenę.

k…, k…,k…!

Przegapiłam koncert Vitasa w Polsce. Śledziłam jego trasę koncertową dwa lata. Odpuściłam kilka miesięcy temu, bo życie mnie przygniotło. Jestem zła. Proszę mnie pocieszać.

klauzula sumienia

Czy katolik może sprzedawać środki antykoncepcyjne?

Wierzyć mi się nie chce , że sejm może zajmować się takim zagadnieniem? Co będzie następne? „Ile diabłów mieści się w główce od szpilki”?


- Nie może mieć miejsca w demokratycznym kraju zmuszanie ludzi do
działania wbrew ich najgłębszym przekonaniom – powiedział 
Terlikowski.

Zgrabne, okrąglutkie zdanie na pierwszy rzut oka nie wygląda na kuriozalny idiotyzm. Ale jakby się tak przyjrzeć… Co to są te „najgłębsze przekonania”? Zgodnie z najgłebszymi przekonaniami działają terroryści, na najgłebszych przekonaniach opierają się rządy państw totalitarnych. Ja się boję najgłebszych przekonań Terlikowskiego i spodziewam się po nim wszystkiego najgorszego. I jakoś nie ufam jego sumieniu.

Dziwne to katolickie sumienie (mówię o tym niesionym na sztandarach). Pozwala na:

1. Pychę
2. Chciwość
3. Nieczystość
4. Zazdrość
5. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
6. Gniew
7. Lenistwo

a odzywa się przy sprzedaży wkładek domacicznych.

A może to początek i fragment wiekszej całości. Może nie chodzi o katolickie sumienie aptekarzy i plastry hormonalne. Może za chwilę okaże się, że sędziowie, kioskarze, nauczyciele, pocztowcy i prostytutki również mają sumienie ponad prawem i ono upomni się o swoją klauzulę. Sędzia będzie orzekał zgodnie z najgłębszym przekonaniem a nie zgodnie z kodeksem, nauczyciel zignoruje podręcznik, listonosz ocenzuruje przesyłki, bo przecież teraz NIE WIE, czy paczka zawiera wibrator czy tabletki z apteki wysyłkowej bez sumienia.

Przekonania najgłębsze posiadają też buddyści, świadkowie Jehowy, ekolodzy, wegetarianie, ateiści i tak dalej. Znam jednego pana, który jest głęboko przekonany, że „za zamach w Smoleńsku należy wystrzelać Rosjan”. Klauzula sumienia to niebezpieczny kierunek.

Śmiem postawić tezę, że każdy ma sumienie i jakieś przekonania. I niech każdy dba o nie sam.

 

Trochę przekłamałam pierwsze pytanie, bo zagadnienie jest nieco inne. Czy aptekarz ma prawo odmówić sprzedaży środków legalnie dostępnych, powołując się na swoje sumienie?

Odpowiedź jest prosta: Oczywiście, że ma prawo i nie musi się na nic powoływać. Nie ma nakazu sprzedawania.


 

 

 

idzie wiosna

Nie umarłam na ten katar jednak:). Święta szczęśliwie udało mi się przegapić. Sukcesy dwa w zupełnie innych dziedzinach odnotowałami i muszę powiedzieć, że dobra jestem.
Naprawdę dobra i przyjaźnie nastawiona do świata.
Zrobię dziś tiramisu.

mam katar

Katar obnaża moje najgorsze strony. Katar rzuca mi się na oczy, więc wylewam łez strumienie, jestem czerwona zapuchnięta i wrogo nastawiona do świata. Wolałabym mieć sraczkę. Pewnie dlatego, że nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam i czy przypadkiem nie wolałam wtedy mieć kataru. Od kropli i dyfuzorów wszelkiej maści się uzależniam, po tabletkach
tracę węch, pozostaje więc metoda tradycyjna, znaczy przeczekać. Wczoraj za pięć trzecia zadzwoniłam do ZUSu po informację i pani uprzejmie usiłowała mnie spławić mówiąc, że już mają komputery powyłączane. Normalnie bym odpuściła, bo doprawdy nie była mi ta informacja potrzebna na cito, ale miałam katar.
- Pracują państwo do trzeciej? – zapytałam spokojnie a jad kapał mi z zębów i wypalał dziury w podłodze. Widocznie dotarło to ZUSu światłowodem, że przybrałam pozycję do walki. Pani po kilku sekundach milczenia, zdecydowała się jednak udzielić mi informacji. No i załatwiłam rzecz jeszcze przed piętnastą. W autobusi jakaś staruszka ustąpiłą mi miejsca, bo wygladałam na zapłakaną. Usiadłam. Dziś wz
ięłam sobie dzień wolny w pracy, bo nie chcę bliźnich straszyć.
Normalnie staram się być dzielna, staram się widzieć szklankę do połowy pełną i cieszyć się, że krowy nie mają skrzydeł jak mi ptaszek zrobi „prezent”. Normalnie lubię ludzi dopóki mi nie podpadną. Ale nie przy katarze. Swędzą mnie uszy w środku, swędzi mnie gardło, a nos i oczy mnie bolą dla urozmaicenia.  No i jestem gruba, brzydka i nikt mnie kocha.

Update:
Na dworze jak na złość prześlicznie. Z braku czapki niewidki naciągnęłam na tyłek stare dżinsy, na grzbiet bluzę z kapturem, ciemne okulary zasłaniające pół twarzy, trampki i poszłam po zakupy. Skorupę wokół nosa pociągnęłam wazeliną. I muszę wam powiedzieć, że słynny odwodnikowy  urok („im gorzej wygladasz, tym większe masz branie”) działa. No dobra, ochroniarz w sklepie mógł za mną chodzić, bo wziął mnie za potencjalną złodziejkę, ale farmaceuta wyraźnie flirtował a  pan w warzywniaku zaoferował się , że mi zakupy zaniesie do domu. Możliwe, że wzbudzałam instynkty opiekuńcze, ale możliwe też, że nie jestem ani gruba, ani brzydka nawet jak mam katar-monstre.

 Page 4 of 25  « First  ... « 2  3  4  5  6 » ...  Last »