Twierdzę, watpię, pytam
niedziela Listopad 19th 2017

Kategorie

Ciekawe strony

Treści własne

Archiwa

wolna chata

Lolka wyjeżdża na weekend:
- Mamuś, zrobiłam risotto z rodzynkami i curry- tak jak lubisz- i jabłecznik sypany. Kupiłam jajka, sery, wędliny i pół chleba, bo ty i tak chleba prawie nie jesz. Kalafior i brokuł masz na szybki obiad a w zamrażarce jest jeszcze
pół piersi kurczaka. Wytrzymasz beze mnie kilka dni?
- Wiesz, że jesteś najlepszą córką na świecie?
- Wiem, wiem. Masz szczęście:) Ja zresztą też. Spotkałam się dzisiaj z dziewczynami z klasy.
- I co?
- Opowiadały o swoich matkach
- ?
- Igi matka wpadła w panikę, że to klasa maturalna zaraz i już goni Igę do nauki. Matka Mili ubolewa nad tym, że Mila nie ma chłopaka i ma jakąś fazę na prasowanie. Uparła się, że nauczy Milę prasować. A ja powiedziałam, że moja matka ma fazę na „Supernatural”, nosi sól w kieszeniach i rozważa namalowanie na podłodze pułapki na demony. Iga chce z nami zamieszkać.
- Ta pułapka lepsza by była na suficie, nie sądzisz?

atlas diet

W zeszły weekend Lolka się rozchorowała. Dopadła ją jakaś grypa żołądkowa czy coś. Raczej się nie struła, bo jadłyśmy to samo. Trzy dni leżała jak nieżywa, głównie w łazience, i próbowała się nie przenicować na lewą stronę. Piła wodę, colę i jadła sucharki. Z sześć sucharków zjadła. Na czwarty dzień wstała z martwych i zaczęła mieć zachcianki. Znak, że organizm jednak wie, czego mu brakuje. Najpierw zażądała chleba z masłem i czosnkiem, potem galaretki z nóżek a potem wlazła na wagę i stwierdziła ubytek 5 kilo.
Lolka lubi i umie gotować, więc zaczęła szukać inspiracji w sieci. Trafiła na stronę

http://www.atlasdiet.pl/
i relacjonuje:
- Mamuś, ale wybór! Dla każdego i na każdą okazję? Nawet dla poszczególnych grup krwi??? Przy naszej grupie:
„zaleca się mięso , ryby i owoce morza” – Lubię owoce morza.
„Unikać raczej nabiału i jaj” – Przestaje mi się podobać.
„Zboża, pieczywo, makarony i ziarna – to produkty, które osoby z grupą krwi 0 powinny wykluczyć z jadłospisu” – Jasssne, już się rozpędziłam.
„Odradza się zaś spożywania kalafiora, kukurydzy, pieczarek, ziemniaków, truskawek, pomarańczy, mandarynek i jeżyn” – Ja się tak nie bawię!
„Nie zaleca się picia kawy” – Słyszałaś? Musimy zmienić grupę krwi.

nie z tego świata

Lolka wciągnęła mnie w oglądanie „Supernatural”. Długo to trawało, bo nie lubię się bać i horror nie jest moim ulubionym gatunkiem. Pierwszą serię oglądałam przez kilka miesięcy. Dość niechętnie, ale córka obiecała mi, że dalej jest lepiej. I miała rację. Drugą serię już obejrzałam z przyjemnością i przestałam się bać. Teraz oglądam trzecią. Serial opowiada o dwóch braciach, którzy ścigają duchy, demony, wampiry, zombi i inne przyjemne stwory. Bracia są młodzi i przystojni (no nie mój przedział wiekowy) ale w bonusie mają tatusia, którego gra Jeffrey  Dean Morgan.
Jest na kim oko zawiesić:). Przestałam się bać, bo po pierwszej seriii chłopaki przestali straszyć a zaczęli się dobrze bawić. I naprawdę widać na ekranie jaką frajdę sprawia im zabawa konwencją, puszczanie oka do widza i widać, że się po prostu lubią.
Oglądałam właśnie odcinek, w którym bracia  polują na Crocotta, który zmusza ludzi do samobójstwa, po czym zabiera ich dusze. Demon dzwoni do ofiary i udaje ducha zmarłej osoby.
Oglądam sobie.
Dzwoni mój służbowy telefon. „Kto o tej porze???” – myślę. To zjawisko znacznie bardziej niezwykłe niż to, co widzę na ekranie.
Na wyświetlaczu jeden z moich ważnych klientów. Odebrałam, ale nic się nie odezwało. Słyszałam tylko jakieś dziwne odgłosy. Rozłaczyłam się i teraz ja zadzwoniłam. Nieco zaniepokojona.
- Dobry wieczór, dzwonił pan do mnie przed chwilą – powiedziałam
- Tak? – zdziwił się uprzejmie – i czego chciałem?
- Yyy…- zbiło mnie z tropu – nie mam pojęcia, ale o tej porze to musiała być sprawa życia lub śmierci:)
- Przepraszam, upomnę swoją komórkę:)
 
Wróciłam do serialu:)

dżymor i konkrety

Zanim się pojawiłam w Olsztynie, Hana (nazwijmy ją tak roboczo)  była chodzącym poczuciem winy. Że nie jest doskonała, że mało czasu spędza z dziećmi, że nie potrafi zorganizować czasu dla siebie, że nie spełnia oczekiwań matki, męża, dzieci i sama też sobie to wszystko inaczej wyobrażała. Tymczasem jej mąż jest człowiekiem wykształconym, zadbanym, aktywnym. Wiecie, z gatunku tych, co to nurkują, żeglują, grają w tenisa, dbają o wizerunek. Ba! Nawet „pomagają” w domu. Taki mąż chce mieć zadbany dom, atrakcyjną i wspierającą żonę.

Hana robi karierę. Ma świetną pracę, którą uwielbia. Zawodowo ma znacznie wyższą pozycję od męża. Służbowo jest  mądrą, silną i skuteczna kobietą. Prywatnie zresztą też, tylko gubi się, jak emocje biorą górę. Jak każdy.

(Pamiętam jak ja sama się wkręcałam w obiady z dwóch dań plus deser, w lśniące podłogi i wykrochmalone obrusy. I ciągle nie umiałam tak promienieć szczęściem, jak te panie z reklam proszków do prania, kiedy im ta plama schodzi. Bo okna nieumyte, dziecko uświnione, mąż niewybzykany i ciągle coś. A ja przecież nie wychodziłam do pracy przez pierwsze trzy lata, więc czasu miałam więcej.) 

 

Przeze mnie Hana zaczęła wychodzić z domu.
Na basen, do kina, na kawę, na plażę, gdzie bądź. Zaczęłyśmy się wymieniać
książkami i gadać o nich. Właściwie to bardziej ja jestem „dziewczyną na
telefon” i to Hana mnie wyciąga, ale to dlatego, że ja mam czas. No i tu
się objawia ten mój „zły wpływ”.

- O rany, jak mi się chce popływać!

- To jedźmy na basen  

- Ale co ja mężowi powiem?

- Że jedziesz na basen?

Moja czasem diabelska rola objawia się tym,
że zadaję pytania.

- Muszę jeszcze zrobić zakupy/ zanieść buty
do szewca/ odebrać dziecko od opiekunki/ zawieźć dokumenty do (gdziekolwiek)*.

- A może twój mąż mógłby to zrobić? – pytam
niewinnie. Zwykle okazuje się, że może. Chociaż nie jest zadowolony.

Moje „niewinne” pytania i ogólny brak
zrozumienia dla relacji wiernopoddańczych sprawiają, że Hana poczuła się
pewniej. Jej „pewniej” oznacza ograniczenie władzy mężowskiej.

 

W zeszłym tygodniu mąż Hany pojechał z
kumplami na nurkowanie. Hana zadzwoniła do mnie w piątek.

- Jedziemy nad morze?

- Jedźmy! – zgodziłam się

- Tylko we dwie, będziemy spać na plaży!

Pojechałyśmy w sobotę. Pogoda nam dopisała.
Tłum nad morzem da się znieść o dopiero po dwóch piwach. O tym jaki ludzie
robią syf wokół siebie nawet nie chce mi się pisać. Zniosłam. Byłam po dwóch
piwach. Wieczorem ubrałyśmy się w ciepłe bluzy, dresy skarpety, wlazłyśmy w śpiwory
i morze utuliło nas do snu. Właściwie mnie. Mam mocny sen, wszyscy mi tego
zazdroszczą. Nie obudził mnie pies, który nas obwąchał a potem  się poczęstował piwem, nie obudził mnie traktor
zbierający śmieci. Nie obudziła mnie nawet rozrywkowa baba, która się o nas
potknęła i wyłożyła jak długa. Słońce mnie obudziło w około dziewiątej.

- Jak ty śpisz! Próbowałam cię na wschód
słońca obudzić. Naprawdę nie pamiętasz tej dziewczyny, która nam spadła na
łeb???

- Hanuś, coś pamiętam, tylko myślałam, że
to sen.

- Ciebie to można nie tylko okraść , ale i
ukraść przez sen.

- Można. Na szczęście nie wszyscy o tym
wiedzą – uspokoiłam ją

Morze rano było absolutnie zachwycające,
nieco zimne, ale przyjazne. A z folkloru nadmorskiego przywiozłam nowe słowo do
słownika domowego. „Ku-ku-ry-dza-pra-żo-na- ka-wa-mro-żo-na- o-
rzesz-ki-kar-me-li-zo-wa-ne potraktowałam jak element dekoracyjny. Ale rano w
niedzielę chodził pan i krzyczał:

- Naleśniki świeżutkie, chrupiące z dżymem
albo czykoladą! Naleśniki pyszniutkie na śniadanie pierwsze lub drugie z dżymorem truskawkowym. 

No i zostałam rozsmarowana  na amen.

 

Po powrocie opowiedziałam wszystko Lolce. „Dżymor”
adoptowałyśmy zgodnie.

 


 

 Gdzieś na jakimś plotkarskim portalu przeczytałam, że „Martyna Wojciechowska mimo tego, że jest matką 3-letniej Marysi, nie zmieniła swojego trybu
życia. Jak podaje tygodnik „Na żywo” dziennikarka cały czas sporo
podróżuje i uprawia sporty ekstremalne”

-A czy tatuś Marysi zmienił swój tryb życia?

Zabezpieczony: zły wpływ

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

do Ani

Historię o tym, dlaczego moja córka nie ma na imię Anna, już opowiadałam. Chyba się już obie z tym pogodziłyśmy. (może wnuczki – Anny się doczekam?). Dwudziesty szósty lipca to jedyna data „solenizancka”, którą zawsze pamiętam. O swoich imieninach zapominam, o córki (o zgrozo!) też mi się zdarza. Przyjaciele w tej kwestii dawno przestali na mnie liczyć. „Anny” pamiętam.
Moja Mamut ma na imię Anna i jej imieniny zawsze były ważniejsze nawet od Bożego Narodzenia. Moja niania zwana Ciotką, która zawsze była po mojej stronie też była Anną. Zwariowana ciocia Węgierka z Ukrainy, przyjaciółka z Londynu, obecna szefowa (i przyjaciółka jednocześnie), ukochana rudowłosa bohaterka literacka i jedna kolorowa blogowiczka, co mi się też do serca przykleiła. Same Anie.
Wszystkim dzisiejszym solenizantkom dedykuję mało oryginalnie kultową piosenkę :)


im więcej czytam…

…tym mniej piszę. Też tak macie?

sylogizm prostacki

Za darmo nie dostaniesz nic ładnego
zachód słońca jest za darmo
a więc nie jest piękny
ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta
trzeba zapłacić za wódkę


ergo
klozet w tancbudzie jest piękny
a zachód słońca nie


a ja wam powiem że bujda


widziałem zachód słońca
i wychodek w nocnym lokalu


nie znajduję specjalnej różnicy.

Andrzej Bursa

 



Koleżanka zapytała o lektury wakacyjne. Ambitne. Uświadomiłam sobie, że czytam  „Efekt Lucyfera” Zimbarda i „Cukiernię pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i „nie znajduję specjalnej różnicy” :)

 

 

a tymczasem w pracy

Mówiłam, że zajmuję się kadrami? Dobra jestem, więc mnóstwo osób do mnie dzwoni dając mi rebusy do rozwiązania, pożary do gaszenia, cuda do zrobienia. Zdarza się, że pytanie mnie zaskakuje.
- Dzień dobry, Kwieciński mówi [nazwisko zmyśliłam oczywiście i na wszelki wypadek wszystkich Kwiecińskich przepraszam]. Niech mi pani powie, co ja mam robić z dwiema studentkami?

Pan Kwieciński jest młodym, atrakcyjnym mężczyzną i wyjątkowo pechowym. Zazwyczaj dzwoni i pyta o zawiłości związane z zatrudnieniem kobiety w ciąży. Ma cztery pracownice w tym trzy są w ciąży. Jedna na wychowawczym, druga na macierzyńskim, trzecia na zwolnieniu lekarskim. Kilka dni temu czwarta zadzwoniła i powiedziała, że jest chora. Pan Kwieciński wpadł w panikę, że ona też przyniesie zwolnienie ciążowe. Niemal się rozpłakał nad swoim losem. Przyznam, że w pracy odrobinkę między sobą żartujemy, że jak ktoś ma kłopot z zajściem w ciążę, to powinien się u Kwiecińskiego zatrudnić. Satysfakcja gwarantowana:)
- Yyy… dzień dobry a konkretnie to o co pan pyta? – zapytałam ostrożnie
- Czym się różni umowa zlecenie od umowy o pracę?
Wytłumaczyłam.
- Kwieciński waha się między zleceniem a umową – powiedziałam dziewczynom
- A uprzedziłaś, że żadna nie jest antykoncepcyjna?

weekendowo

Przyjechałam na weekend do Orłowa. Miałam fart i zabrałam
się z B. samochodem. Przejeżdżałyśmy przez Bisztynek. Jednak człowiek jest mały
w obliczu żywiołu. Krajobraz bardziej przygnębiający niż na zdjęciach. Ponad trzysta
zniszczonych dachów, potłuczone szyby w samochodach. Brr.

Po drodze dowiedziałam się kto się żeni, kto umarł, ksiądz Romcio
odchodzi, bo się z nowym proboszczem nie dogaduje, Kowalski (miejscowy VIP) sprzedał
restaurację (podobno zrobią tam market) i wyprowadza się do Ciechocinka, Kaśka
pije i się puszcza, Jacek miał jechać do Niemiec, ale zgubił dokumenty i teraz
musi czekać na nowy dowód  a nowy
proboszcz to dziwkarz i karciarz.

- Ty skąd takie rzeczy wiesz? – zdziwiłam się nieco.

- Ludzie gadają

- No rozumiem, że gadają, ale zastanawia mnie źródło informacji.
Przecież z ambony nie ogłasza, że na pokera jedzie

- Ogłosił, że Romcio odchodzi

Aha. Ja jednak nie do końca rozumiem małomiasteczkowy system
obiegu informacji. Wdzięcznym słuchaczem jestem, gdyż niezmiennie fascynują
mnie plotki. Dalej raczej nie przekazuję, bo mam silne przekonanie, że plotka
więcej mówi o plotkującym niż o obiekcie plotek. Ale źródła rozmaitych
informacji są dla mnie jednak zagadką. Wiem, że to działa jak „głuchy telefon”.
To, czego człowiek niedosłyszy albo nie zrozumie uzupełnia sobie domysłami na
podstawie własnych doświadczeń. Poprzedni proboszcz pił i pół miasteczka to
widziało na własne oczy, ale karty i dziwki??? No skąd się takie rzeczy wie?

Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam  dochodzę do wniosku, że jednak to nie jest
miejsce dla mnie. Wszyscy wiedzą wszystko. Ba! Wszyscy wiedzą wszystko lepiej.
Ciasno tu jakoś i duszno. Nie chcę tu wracać. Sprzedam ten dom.

Mamut niewiele kontaktuje i raczej cudów nie będzie. Słaba
jest bardzo, ale trochę chodzi. Już się przyzwyczaiła do pampersów. Czasem
płacze a czasem krzyczy. Wolę jak krzyczy, taką ją znam.

 

Wieczorem wyszłam na ławkę. Jaka cisza. Gwiazdy. Zapach
skoszonej trawy. Jabłonka uginająca się od jabłek. Moja czereśnia zaczęła
owocować. Zasadziłam wiotką gałązkę a mam drzewko większe ode mnie! Kot
przyszedł zademonstrować jaki jest na mnie obrażony. Maryśka przyniosła
wiaderko truskawek, Mirek słoik miodu. Kocham to miejsce. Chleb mi tu bardziej
smakuje i woda mi lepiej służy i jak zechcę, spać mogę pod gołym niebem. Nie,
nie sprzedam tego domu.  

 Page 2 of 25 « 1  2  3  4  5 » ...  Last »